ECHO TRZECH LEKTUR - Narodzenie Pańskie, Msza w nocy
Jakie zwycięstwo mnie cieszy? (Iz 9, 1-3. 5-6)
Cóż takiego stało się w dniu porażki Madianitów, że każdego roku ją wspominamy, świętując Narodzenie Pańskie? Izajasz przypomina ich panowanie jako jarzmo i drążek, pręt ciemiężcy. O czym mówi prorok? Jaką radość chce w nas obudzić? Jakie wspomnienia zwycięstwa? Jakie doświadczenie wyzwolenia?
Historia relacji między Izraelem i Madianem sięga wspólnego praojca Abrahama, który po śmierci Sary poślubił Keturę, z którą miał 6 synów, a czwartym z nich był Midian, od którego pochodzą Madianici. Uciekając z Egiptu po zabiciu urzędnika faraona młody Mojżesz schronił się w kraju Madianitów i poślubił córkę kapłana Jetry, Seforę. I na tym wspólnota losów się kończy. Następnie będą tylko wojny i przemoc we wzajemnych relacjach. Najpierw w czasie drogi z Egiptu do Ziemi Obiecanej Madianici sprzymierzeni z Moabitami zastępują drogę Izraelowi, próbując najpierw przekląć lud Boga ustami Balaama. Nie mogąc tego uczynić, Balaam błogosławi Izraela. Następnym „sposobem na Izraela” będą prostytutki moabickie, które nakłaniały Izraelitów do kultu bożków. Izrael dopuszcza się podwójnego nierządu. Aby usunąć grzech przychodzi krwawe oczyszczenie: Rozkazał więc Mojżesz sędziom Izraela: Zabijajcie każdego z waszych ludzi, którzy się przyłączyli do Baal-Peora (Lb 25, 5). W konsekwencji tych wydarzeń Mojżesz usłyszał od Boga: Jak z wrogiem obchodź się z Madianitami i wyniszcz ich, gdyż oni wrogo odnosili się do was, oszukując was przez swoje knowania, posługując się Peorem, posługując się córką księcia madianickiego, ich siostrą Kozbi, która została zabita w dzień plagi, jaka spadła ze względu na Peor. (Lb 25, 17n). Dalszy ciąg wzajemnych „spotkań” to zbrojne walki, które wygrywają Izraelici.
W epoce sędziów Izraelici [znów] czynili to, co złe w oczach Pana, i Pan wydał ich na siedem lat w ręce Madianitów. A ręka Madianitów zaciążyła nad Izraelitami, tak że przed Madianitami kopali sobie schronienia w górach, jaskinie i miejsca obronne. Zdarzało się, że ledwie Izraelici co zasiali, przychodzili Madianici i Amalekici oraz lud ze wschodu słońca i napadali na nich, a rozbijając obozy naprzeciwko nich, niszczyli plony ziemi aż ku granicom Gazy. Nie pozostawiali Izraelowi żadnych środków do życia - ani owiec, ani wołów, ani osłów. Zjawiali się bowiem wraz ze stadami i namiotami, a przychodzili tak tłumnie jak szarańcza: liczba ich i wielbłądów była niezwykle wielka. Tak wpadali do kraju, aby go pustoszyć. Madianici wtrącili więc Izraela w wielką nędzę. Poczęli zatem Izraelici wołać do Pana. (Sdz 6, 1-6). Wyzwolenie spod madianickiej dominacji z jednej strony opiera się o porzucenie kultów pogańskich i powrót do Boga, z drugiej strony Bóg powołuje Gedeona, aby poprowadził wyzwoleńczą wojnę. Podsumowując całość trudnych relacji widzimy, że zwycięstwo nad Madianitami jest potrójne: duchowe - Balaam nie jest w stanie przekląć Izraela, moralne - Izrael oczyszcza się z grzechów nierządu seksualnego i kultycznego oraz militarne - Gedeon pokonuje uciskających najeźdźców.
Radość wyzwolenia jest proporcjonalna do rozmiaru ucisków. Jak w prosty, ale przekonujący sposób ukazać rozmiar łaski i dobroci Boga? Izajasz odwołuje się najwyraźniej do żywej pamięci doznanych cierpień i radości wyzwolenia spod dominacji Madianitów. Ale to wszystko, aby wprowadzić nowy temat, zapowiedź wyzwolenia z asyryjskiej władzy. Król Achaz paktując z Asyryjczykami i naiwnie im ufając sprowadził na naród nieszczęście. Jednak wrogowie będą zniszczeni, Bóg okaże swoją moc. Wobec powtarzających się zagrożeń Izajasz wzywa: Pan Zastępów – Jego za Świętego miejcie; On jest Tym, którego się lękać macie i który was winien bojaźnią przejmować. (8, 13). Koniecznie trzeba powrócić do wiersza, który poprzedza naszą lekturę: Nie [zawsze] bowiem będą ciemności w kraju, który cierpi ucisk. W dawniejszych czasach upokorzył [Pan] krainę Zabulona i krainę Neftalego, za to w przyszłości chwałą okryje drogę do morza, wiodącą przez Jordan, krainę pogańską. (8, 23). Przyjdzie bowiem Zbawicie, światło rozpraszające ciemności niewoli, wygnania, cierpienia i grzechu. Definitywnym spełnieniem tej obietnicy jest Jezus: Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia. (J 8, 12).
Ogłoszone narodziny Dziecięcia odnoszą się w pierwszym rzędzie do narodzin królewskiego syna, ale tak jak w proroctwie o Emmanuelu, zapowiadają Mesjasza, mądrego, mocnego, pełnego ojcowskiej troski o lud i zaprowadzającego pokój władcy. Bóg to sprawi. Forma bierna czasowników zapowiadających narodziny Mesjasza to sposób na ukazanie Boga działającego. To nie człowiek zasłuży na wybawiciela, ale z woli Boga wybawiciel wkroczy w życie udręczonego ludu, aby nim rządzić. Jeśli zechcemy odnaleźć prawdziwy sens mesjańskich tytułów - Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju – to trzeba ich szukać w Ewangeliach. To one wyjaśniają prawdziwy ich sens wskazując na Jezusa, który posyła swoim uczniom Ducha Świętego, Parakleta. To Jego panowanie w królestwie Bożym prawdziwie wyzwala spod jarzma grzechu, uwalnia ze strachu przed cierpieniem i śmiercią.
Jakim językiem, słowami jakich proroków przemawia dziś Bóg? Do jakich przykładów trzeba się odwołać, aby zrozumieć obietnicę ostatecznego wyzwolenia, mesjańskiego zwycięstwa i definitywnego panowania? Jego pełnia stanie się faktem na końcu czasów, ale w jaki sposób nadzieja definitywnego zwycięstwa może oświetlić nasze „tu i teraz”? Przecież dziś jest tak wiele ciemności w życiu narodów, niegdyś chrześcijańskich. To dziś coraz bardziej jarzmo obcej dominacji ujawnia się w różnych formach politycznych poprawności. To dziś zdrowy rozsądek prostej pobożności i wierności Bogu jest przedmiotem kpin i szyderstw. To dziś kłamstwa i niedopowiedzenia, przekręcenia i przemilczenia są narzędziami szefów, władców i „sług narodów”. Niedaleko odeszliśmy od problemów, które piętnuje Izajasz. Do jakich zwycięstw, do jakiego wyzwolenia trzeba się odwołać, aby nadzieja zagościła w naszych sercach? Jakich pokonanych duchowo, moralnie i militarnie „madianitów” trzeba nam przypomnieć, aby wlać w nasze serca otuchę i wolę słuchania Boga? Jestem świadom, że tych pytań i im podobnych, jest bardzo dużo.
Przyglądając się szopce chciałbym zachwycić się Bogiem i Jego działaniem w historii. Doświadczyć radości, że oto na moich oczach dokonuje się coś o wiele większego niż wszystkie zwycięstwa militarne, polityczne, ekonomiczne moralne i duchowe nad siłami ciemności. Malutki Jezus w ubogim żłobie to większa rewolucja niż francuska, bolszewicka i chińska razem wzięte. Rewolucja mądrości Boga, władania pokoju, mocy czułego ojcostwa. Misterium wcielenia Boga, które Izajasz zapowiada, dziś jest światłem, dziś przekracza wyobrażenia o sztucznej inteligencji i podróżach międzyplanetarnych, największych odkryciach medycyny, fizyki, chemii …. Kim jest Stwórca Galaktyk, którego Syn rodzi się w stajni? Nie rozpoznać Jego obecności to pozostać w ciemnościach. A przecież Izajasz obwieszcza, że naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką. Ciemność to brak najmniejszej perspektywy, to niedostrzeganie obecności ni Boga ni ludzi, to samotność celi pozbawionej okien, więzienia wzniesionego lękiem przed drugim człowiekiem, obawy, która przeradza się we wrogość jeszcze przed spotkaniem.
Radość żniw i podziału łupów to radość wspólnoty. Dlatego jest ona opozycją wobec ciemności, która jest udręką lęku, egoizmu, życia skoncentrowanego na poszukiwaniu tylko tego, co „moje, dla mnie, dzięki mnie, we mnie”, życia kierowanego mimetyczną zazdrością, w którym być „jak inni” staje się społeczną cnotą i wyzwaniem, i jak każda zazdrość przeradza się w rywalizację i przemoc. Problemem jest także to, że owi „inni” to medialnie stworzone obrazy odrealnionego życia, którego nadrzędnym celem jest doświadczanie wszelkich możliwych przyjemności, a do tego potrzebne są oczywiście duże pieniądze. W kontekście naszych czasów potrzebujemy światła, aby dostrzec jarzmo konsumowania wszystkiego i na wszelkie możliwe sposoby, które ugniata nasze ramiona oraz kij, którym nam grożą, jeśli zejdziemy z ideologicznych szlaków nowoczesności.
Dotykanie łaski Boga (Tt 2, 11-14)
Pisząc o oczekiwaniu błogosławionej nadziei i objawienia się chwały Boga, Paweł Apostoł ukazuje istotny rys chrześcijańskiej postawy, w której życie prawe i pobożne jest zawsze naznaczone oczekiwaniem „czegoś więcej”, pragnieniem swego ostatecznego dopełnienia w wieczności. Ten eschatologiczny wymiar uzmysławia nam, że w czasie ziemskiej wędrówki nie dostrzegamy jeszcze pełni Bożej chwały. Tym bardziej, że w historii zbawienia chwała Chrystusa objawia się w przedziwny sposób. Najpierw jest to Niemowlę tak ubogie, że zrodzone w stajni, pośród zwierząt. Później jest to Nauczyciel, który działa poza oficjalnym nurtem nauczania religijnego Izraela, otoczony grupą prostych rybaków, ale także celników i kobiet nie zawsze najlepszej reputacji, a nie wybitnymi znawcami Prawa i obyczajów religijnych Narodu Wybranego. A na końcu chwałę swoją ukazuje poprzez śmierć na krzyżu, potraktowany jak przestępca, którego kara ma być odstraszającym przykładem dla wszystkich innych wichrzycieli religijnych ówczesnej epoki.
Poprzez wieki historii zbawienia Bóg przygotowywał swój lud na przyjęcie Jego łaski, bez której, co wydaje się ewidentne dla Pawła, nie potrafimy żyć inaczej, jak tylko bezbożnie, według światowych żądz, bezrozumnie i niesprawiedliwie. Jednak łaska Boga ma przedziwną cechę „ukrywania się” przed naszymi oczyma w tym, co po ludzku słabe, bezbronne, co się nie narzuca, nie stawia warunków, nie dopomina się swoich słusznych praw i nie grozi ciężkimi konsekwencjami. Tajemnica Bożej miłości, przyjmującej ludzkie ciało, wkraczającej w obszary najbardziej codziennego życia, jakie możemy sobie wyobrazić, staje się centralnym punktem ludzkiego zbawienia. Bóg wkracza w świat na obrzeżach ludzkiego życia, na marginesie cywilizacji rzymskiego prawa, greckiej filozofii i monoteistycznej religii judaizmu. Swoim narodzeniem w takim właśnie kontekście Bóg wyprowadza nas z tego, co nam wydaje się wielkie, nieodzowne, potężne i wspaniałe. Osiągnięcia ludzkich cywilizacji oraz inteligencja „wielkich tego świata” nie potrafią dostrzec obecności jedynej przyczyny swego istnienia, obecności Boga i Zbawiciela. A ludzkie serca, tęskniące za miłością, podpowiadające, że szczęście jest w kochaniu i byciu kochanym, skazują na banicję szopy Tego, który jest Miłością, par excellence.
Niestety także dziś usuwanie Boga na obrzeża życia trwa w najlepsze. Ale nie mam na myśli ani współczesnej polityki, ani kultury czy sztuki, czy też nowoczesnego stylu życia. Odmawiamy Bogu miejsca w naszym życiu przede wszystkim poprzez pobożne westchnienia, wzruszenia, nastrojowe pastorałki, płaczliwe wspomnienia tych, których w tym roku nie będzie z nami przy wigilijnym stole. Bowiem bożonarodzeniowy nastrój uczyniliśmy czymś „wyjątkowym” w ciągu roku. Tajemnicę Bożej obecności w centrum ludzkich słabości ograniczyliśmy do kilku godzin wzruszeń nad „Jezuskiem płaczącym w zimnej stajence”. A przecież Narodzenie Pańskie jest największym objawieniem Boga, który miłuje to, co słabe, kruche, bezbronne. Wcielenie Bożego Syna jest świętem pokoju, który rodzi się nie na sposób średniowiecznych rozejmów, ogłaszanych na czas świąt, ale poprzez akceptację moich słabości, słabości moich braci, pogodzenie się ze swoimi przegranymi, przyznanie się do popełnionych błędów, swej niewiedzy, niedoskonałości, ograniczoności. Autentyczny pokój rodzi się bowiem z pojednania się z samym sobą, ze swoją naturą, jej kruchością, z niedoskonałością świata, w którym żyjemy. Wówczas także znikają wszelkie usprawiedliwienia dla przemocy. Bowiem Bóg wkroczył w ten świat ukazując tym wydarzeniem, że to jest Jego świat, że On ten świat miłuje właśnie takim kruchym, takim słabym. Narodzenie Pańskie to święto ludzkiej kruchości, która tak bardzo podoba się Bogu, że przyjmuje ją za swoją. Dlatego dla mnie osobiście najpiękniejszym owocem Bożego Narodzenia jest doświadczenie obecności Boga w mojej słabości i kruchości, które On tak bardzo ukochał.
Jezus w oberżach tego świata (Łk 2, 1-14)
Świat zachwyca się swoją potęgą. Liczy własne sukcesy, wygrane wojny, sztuczne serca, lądowania na Księżycu i na Marsie. Wyznacza najważniejsze problemy do rozwiązania, ludzkość dzieli na postępową i zacofaną, na ekstremistów i humanistów. Cezar August też miał swoje ambicje, chciał wiedzieć, jak wielkim państwem rządzi, ilu ma poddanych, na jakie wpływy do cesarskiej kasy może liczyć. Ale dzisiejszy „wielki świat” inaczej realizuje swoje chore ambicje, niż wielki świat w czasach narodzin Jezusa. I chociaż pycha, chciwość pieniędzy, władzy, uznania i podziwu są ciągle te same, niezależnie czy chodzi o imperatorów i namiestników czy o prezydentów i przewodniczących, współczesny wielki świat jest dużo groźniejszy, bowiem zainstalował się w sercach maluczkich, jego głos rozbrzmiewa wiele godzin dziennie w każdym z domów, jego obrazy atakują wzrok w najbardziej nieoczekiwanych miejscach i wciąż z nową, przyciągającą uwagę, siłą.
Józef i Maryja nie buntują się na krzyki rachmistrzów podatkowych, którzy każą im pieszo podróżować dziesiątki kilometrów tylko po to, aby zadowolić cesarską pychę posiadania i rządzenia. Wyglądają, jakby zupełnie nie wiedzieli, że można i nawet trzeba sprzeciwić się takiemu niesprawiedliwemu traktowaniu. Nie wykazują najmniejszej świadomości, że można zakładać partie, fundacje, domagać się dotacji, protestować, strajkować, etc. Oni pokornie, dla zaspokojenia imperialnych kaprysów posiadania władzy, zarozumiałego przekonania, że jest się pępkiem świata, ostoją sprawiedliwości i ratunkiem dla narodów, poddają się cesarskim rozkazom. Posłusznie wędrują, aby dopełnić obowiązku poddania się spisowi rzymskich rachmistrzów.
A Bóg wykorzystuje możnych tego świata, aby Jego słowo mogło się wypełnić. Cezar myśli, że spisuje swoich poddanych, a to Bóg przygotowuje świat do tego, aby Jego Syn urodził się w mieście Dawidowym, w Betlejem. Dokładnie tak, jak zapowiedział to setki lat wcześniej prorok. Józef i Maryja nie mają żadnego państwowego wsparcia, ale posłuszni Bogu na sobie doświadczają, że to On jest autorem historii. On rzeczywiście trzyma w swoim ręku możnych tego świata. I chociaż cesarz rzymski nic Świętej Rodzinie nie ofiarował, to on był na jej usługach, a nie ona w służbie imperialnych ambicji. Spodobało się Bogu, żeby pokorą odwrócić porządek świata. I zrobił to bardzo konsekwentnie. Władza w służbie ludu. Ale nie dlatego, że lud pochlebia władzy, ani też dlatego, że władza robi wodę z mózgu ludowi, lecz dlatego, że pokorni słuchają Boga i ufają Mu bardziej niż swojemu rozumowi. I nie na opiece socjalnej państwa się opierają, ale na posłuszeństwie Bogu.
Jezus rodzi się w stajni. W odrzuceniu, nie przez wielkich tego świata, ale przez swoich bardzo bliskich. Wielcy nie mieli pojęcie, że jakiś Jezus się rodzi, a karczmarze doskonale widzieli, że wyrzucają za drzwi rodzinę, która spodziewa się dziecka. Bardzo pokrzepiające jest przekonania, że „zły świat odrzucił Zbawiciela”. W domyśle: wielki świat polityki, władzy, pieniędzy, kariery, etc. Natomiast Józef nie pukał do drzwi ani królewskich, ani namiestnikowskich pałaców. On pukał do drzwi podobnych sobie prostaków, którzy podobnie jak dzisiejszy lud, po prostu w kaprysach władzy zwietrzyli świetny interes dla siebie i nie mieli zamiaru rozpraszać się na jakieś charytatywna zajmowanie się rodzącą kobietą. Nie ma żadnego dramatycznego zmagania dwóch światów, świata prawych biedaków i świata przewrotnych bogaczy. Jest świat biedaków, którzy chcą być bogaci i bogaczy, którzy za nic w świecie nie chcą oddać swego bogactwa. A Jezus nie przyszedł potwierdzić racji ani jednych, ani drugich.
Obecność Dzieciątka, Zbawiciela nie ma w sobie nic ze spektakularnego widowiska, które oglądają pasterze. Wobec takich znaków niewielu mogłoby pozostać niewzruszonymi. Dziś Jezus przychodzi i pragnie być rozpoznany i uznany w ciągle smutnej żonie, która zamęcza swoim zmartwieniami. On chce być przyjęty w mężu, który nie radzi sobie ze swoją bezradnością i dlatego sięga po kieliszek zbyt często. On przychodzi w twoim współpracowniku, biedaku na ulicy, zdenerwowanym i wiecznie złoszczącym się dyrektorze. Skąd wzięło się w nas naiwne przekonanie, że Jezus w noc narodzenia to ten szlachetny biedak, który pokornie puka do drzwi i nie zaprotestuje, jak go wyrzucisz? Bieda jest straszna i nie ma w sobie wiele ze szlachetności. To dlatego tak nas przeraża. To dlatego spontanicznie odsuwamy się od biedaków. A przecież bieda to nie tylko brak pieniędzy. To brak zdrowia, brak wykształcenia, brak zrozumienia, brak czułości, brak cierpliwości, brak … Brak rodzi biedę.
Jezus przychodzi do biedaków, utożsamia się z nimi i nie dlatego, że oni są tą „lepszą, szlachetniejszą cząstką społeczeństwa”. On idzie do nich, bowiem oni Go potrzebują, zupełnie o tym nie wiedząc. Potrzebują Go wszyscy biedni. Nie tylko ci, którym brak pieniędzy, czy zdrowia. Nie tylko ci, którzy swoje cierpienie mają wypisane na twarzach. Każdy biedak potrzebuje Jezusa. Biednego, bezsilnego, spontanicznie potrzebującego pomocy Jezusa, który w ten sposób zaczyna obdarowywać. Lecz jest straszliwa bieda, która nie omija także najbardziej wierzących i modlących się. To bieda zarozumiałej wiary. Apokalipsa tak tę biedę opisuje: „Ty bowiem mówisz: "Jestem bogaty", i "wzbogaciłem się", i "niczego mi nie potrzeba", a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny, i ślepy, i nagi.”. Światowa bieda i światowe bogactwo chcą zmieniać i naprawiać świat używając tych samych środków: pieniędzy, władzy, ludzkiej inteligencji. Jezus przychodzi, aby naprawić świat zmieniając nasze serca, czyniąc nas bogatymi swoją obecnością.
Myślę, że nasze życie można porównać do betlejemskich oberż, w których chcemy zarabiać pieniądze korzystając z (nie)korzystnej światowej koniunktury, naśladując wielkich tego świata. Dlatego czas Narodzenia Pańskiego to dyskretne i prawie wstydliwe pukanie Józefa do naszych drzwi. Otworzysz im, aby przyjąć rodzącą kobietę, jej męża, który nie ma grosza przy duszy oraz Dziecko, w którym tylko poprzez zaufanie słowom proroków można dostrzec oblicze Zbawiciela Świata? Otworzysz twoją oberżę, aby On poczuł się tam jak u siebie w domu? Przecież to jest Jego dom, tylko zajęty zarabianiem pieniędzy, zabezpieczeniem życia i z uporem powtarzający, że „to moje życie i mam prawo robić z nim, co zechcę.”. A On przychodzi, aby to odmienić. Aby dzięki Jego obecności Jego dom stał się Twoim domem, abyś w końcu zaczął być sobą, poczuł się dobrze z tym, kim jesteś, abyś mógł kochać siebie, bliźniego i Jego, cały czas obecnego, i codziennie przychodzącego, aby z Tobą być.
„Panu Bogu nie podoba się przemoc” (Łk 2, 1-14)
Łukasz rozpoczyna opis narodzenia Jezusa mówiąc o spisie ludności w całym państwie, chociaż można przetłumaczyć to wyrażenie jako „w całym świecie”. Człowiek czuje się panem świata, chce wiedzieć, ilu ludzi go zamieszkuje, aby znać swoją potęgę. A Ten, który rzeczywiście jest mocny wybiera taki właśnie moment, aby w jedyny i niepowtarzalny sposób wkroczyć w dzieje ludzkości. Ale jak to robi? Na obrzeżach ówczesnej cywilizacji przychodzi na świat w rodzinie po ludzku nic nieznaczącej. I tak już pozostanie aż do końca ziemskiej misji Chrystusa. Jako uczniów wybierze sobie prostych rybaków, zamiast wkroczyć z mocą w elity intelektualne. Uzdrawiać będzie biedaków, a nie królów, którzy mogliby szczodrze odpłacić za wyświadczone łaski. A na koniec potencjalni wyznawcy krzykną „na krzyż z Nim”.
Człowiek pozostaje nieustannie w centrum zainteresowania Boga. To dla niego Bóg zstępuje na ziemię. Ale prościej jest pisać, że zstępuje na ziemię „dla mnie”. Bowiem to nie jakiś hipotetyczny człowiek jest chorym biedakiem, lecz to ja nim jestem. To ja potrzebuję nadziei, która odmieni szary smutek dni pełnych rutynowych zajęć, słów, gestów. To ja potrzebuję aniołów, którzy z taką mocą zakrzykną, że Bóg stał się człowiekiem, że Zbawiciel nam się narodził, że bez wahania ruszę w kierunku przez nich wskazanym.
Józef i Maryja, posłuszni poddani cesarstwa, którzy wyruszają, aby dorzucić swój kamyczek do budowy gmachu ludzkiej władzy i potęgi, stają się dzięki swej pokorze i zaufaniu Bogu podwalinami Nowej Świątyni, zbudowanej nie z kamienia, ale Świątyni, która zstępuje z nieba, od Boga. I od tej chwili nie muszę obalać żadnego ludzkiego królestwa, nie muszę stawać się rewolucjonistą, protagonistą czy dysydentem. Wystarczy, że uwierzę, że Mesjasz przyszedł na ziemię, że Bóg stał się człowiekiem, aby poprzez krzyż i zmartwychwstanie dać mi udział w wieczności. A jeśli uwierzę, w prowincjonalności mojego życia, z miałkości moich wysiłków intelektualnych, bez pozycji społecznej, dochodów i prestiżowych tytułów, staję się uczestnikiem zbawienia. Bóg daje szczęście. Wchodzę do Królestwa zbudowanego dla mnie.
Żłób, jako miejsce narodzenia Zbawcy nie powinien mnie gorszyć. To ja Mu to miejsce wyznaczyłem. Wierząc w potęgę „światowej finansjery”, „mafijny spisek”, „nieuniknione procesy społeczne”. Miejsce w żłobie to efekt mojego przekonania, że „chociaż pieniądze nie są najważniejsze, to jednak tyle dobra można by zrobić, gdybym miał ich duuużo więcej, niż dziś”. Stajnia za miastem to owoc mojego zapatrzenia się siebie, w moje potrzeby, w moje zdolności, które powinienem rozwijać i wykorzystywać, a które rodzą tylko coraz większy egocentryzm. Skandal Boga wyrzuconego w dniu Jego narodzin to skutek podświadomie (albo też i świadomie) wpajanego mi przekonania, że „nie wolno być za dobrym, bo inni cię zjedzą”. To lęk przed miłością, która uzdalnia do oddania się w całości drugiemu człowiekowi. To lęk przed złożeniem swej przyszłości w ręce Boga. To chęć manipulowania Bogiem tak, aby On czynił to, o co będę się modlił, ale abym nie musiał nigdy czynić tego, co nie jest moim planem ani moją wolą.
Bóg posyła aniołów do najbiedniejszych. Do pasterzy, którzy nie mają już nic do stracenia, jak tylko biologiczną egzystencję. Są tak ubodzy, nie tylko materialnie, że przyjmują każdą obietnicę, chwytają się każdej nadziei. Oni niczego nie muszą bronić. Żadnych zasobów, stanowisk, kontaktów, przyjaźni, nadziei na awans. Ja także potrzebuję takiego wewnętrznego ubóstwa, aby przyjąć Dobrą Nowinę o narodzinach Mesjasza. W takim kontekście Mateuszowe błogosławieństwo „ubogich duchem” wcale nie jest złagodzoną wersją tego, jak przytacza je Łukasz, mówiąc krótko „błogosławieni ubodzy”, lecz wręcz przeciwnie, staje się niedosięgłą poprzeczką dla tych, którzy oddając pieniądze ubogim nie chcą wyrzec się własnego Ego i strzegą go jak najcenniejszego skarbu. Tymczasem Bóg upodobał sobie człowieka, zakochał się w nim.
W jaki sposób dowiedzieć się, czy jestem człowiekiem, w którym Bóg ma upodobanie? Czy drogą do tego ma być szukanie wewnętrznego pokoju? Jeśli go mam, to znaczy, że jestem Jego faworytem, a jeśli moja wiara nie daje mi pokoju, to muszę go szukać gdzie indziej, poza Bogiem i Jego łaską? Przecież to nie ma sensu, chociaż ogromna ilość „wierzących” tak robi. To nie jest pycha, jeśli powiem, że „ja jestem umiłowanym Boga”. Być może jest to jedyny raz, kiedy zaczynając zdanie od „ja” nie wpadam w pułapkę egocentrycznego zapatrzenia w siebie. Jest to fundamentalna prawda, która wyraża się ciągiem dalszym: ty także jesteś umiłowanym Boga. A jeśli pokój nie gości w twoim sercu, to nie dlatego, że Bóg przestał cię miłować, ale to ty nie chcesz odpowiedzieć na to upodobanie, jakie Bóg w tobie znajduje. Nie chcesz żyć, jako Jego ukochane dziecko.
Głos aniołów ogłaszających „nie bójcie się” staje się dla biedaków z nizin społecznych prawdziwym wyniesieniem. Bóg włącza ich w poczet swoich wybranych. „Nie bójcie się” i „nie bój się” są najbardziej intymnymi słowami Bożego objawienia. Od Abrahama po Pawła Apostoła usłyszeli je ci, których Bóg wybierał i którym powierzał misję. Abrahamowi Bóg kazał opuścić ziemię ojców, Maryi powierzył dziewicze narodzenie swego Syna, Apostołów uczył patrzeć na zmartwychwstałą naturę. A co robią w tym gronie pasterze? Przecież nie może tu chodzić wyłącznie o zrelaksowane oglądanie „niebieskiego spektaklu”. Nie bójcie się iść do Betlejem, aby tam wasze życie się przemieniło! Nie bójcie się patrzeć na Tego, który „nie ma żadnej ziemskiej dywizji”, ale ma moc przemiany smutku i utrapienia! Nie bójcie się, że wasze życie może się zmienić, że wasi nieprzyjaciele mogą stać się waszymi przyjaciółmi! Nie bójcie się cierpienia, nie bójcie się choroby, bo ten, kto oddaje swoje życie właśnie je znajduje! Nie bójcie się słuchać Mistrza, który w obliczu nieuniknionej utraty życia mówi: „nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję.” Nie bójcie się zaufać Bogu!
ks. Maciej Warowny


