ECHO TRZECH LEKTUR - Narodzenie Pańskie, Msza w dzień
Jak pocieszać udręczonych? (Iz 52, 7-10)
Druga część księgi proroka Izajasza nosi tytuł „Księga pocieszenia Izraela” i obejmuje rozdziały od 40 do 55. Powstała pod koniec niewoli babilońskiej (pomiędzy latami 550 a 538 przed Chrystusem), a anonimowy autor jest umownie nazywany Deutero-Izajaszem. W tej części znajdują się proroctwa o tajemniczym Słudze Pańskim, który wybawi lud Boży swoją pokorą; posłuszeństwem Bogu, odrzuceniem wszelkiej przemocy oraz całkowitą ofiarą ze swego życia.
Wygnani z własnej ziemi potomkowie Abrahama są ciągle w niewoli, ale pojawiają się pierwsze znaki możliwego powrotu do Ojczyzny. Lektura i jej kontekst to słowa pocieszenia skierowane do wygnańców, zapowiedź powrotu do ojczyzny i odbudowy Jerozolimy. Uśpione cierpieniem i opuszczeniem święte miasto słyszy głos proroka: Przebudź się, przebudź… (52, 1). Bóg darmo ofiarowuje wyzwolenie swemu ludowi.
Darmowość zbawienia w ustach proroka jawi się jako prawdziwa siła prowadząca ku nawróceniu. Zdanie bezpośrednio poprzedzające naszą lekturę zapowiada nowe poznanie Boga będące Jego odpowiedzią na znieważenia, których On doznaje z ust narodów pogańskich: „moje zaś imię stale, każdego dnia bywa znieważane, dlatego lud mój pozna moje imię, zrozumie w ów dzień, że Ja jestem Tym, który mówi: Oto Ja jestem!” Bóg mówi do swego ludu: „Oto Ja jestem!” przywołując w ten sposób swoje obietnice, które składał w czasach wyjścia z Egiptu i rodzenia się tożsamości ludu. „Oto ja jestem” to dokładnie to samo słowo i w tej samej formie, którym młody Samuel wyraża gotowość do służenia kapłanowi Helemu, a kiedy dowiaduje się, że to nie on go wzywał, powtarza je wobec Boga (1 Sm 3, 4). Jakby prorok chciał powiedzieć, że role się odwracają. Bóg jest gotów słuchać swego ludu. Jego „Jestem” to zapewnienie o obecności pełnej troski i gotowość, aby przyjść z pomocą. Także Trito-Izajasz będzie używał tego zwrotu w podobnym znaczeniu (58, 9; 65, 1).
Bóg jest obecny, słucha i do swojego ludu kieruje słowa Dobre Nowiny (niestety przetłumaczonej w tym kontekście jako „radosnej nowiny”). Izajasz nie przez przypadek bywa nazywany „piątym ewangelistą”, bowiem to on obwieszcza Ewangelię, Dobrą Nowinę o Mesjaszu, wyzwolicielu ludu Bożego. Ale jak mam przyjąć tę Dobrą Nowinę? Jak dać się pocieszyć Bogu, kiedy wojna trwa „tuż za płotem”? Gdzie dostrzec początki odbudowy murów Jerozolimy, Oblubienicy Boga, kiedy zdaje się, że wiara i Kościół tracą wpływ na kolejne obszary naszego życia, a ich zniszczenie i opuszczenie nieustannie się powiększa? Jak usłyszeć głos Boga, który powtarza mi „Hinneni!”, „Oto jestem, aby cię usłyszeć, aby przyjść ci z pomocą!”? Dobra Nowina to nie jest informacja znaleziona w sieci, ale to Osoba, to Chrystus. „Stopy (nie „nogi” - jak przetłumaczono) zwiastuna Dobrej Nowiny” to stopy Jezusa, z których Jan nie jest godzien zdjąć sandałów, które grzeszna niewiasta obmywała łzami, obcierała włosami, całowała i namaszczała olejkiem (Łk 7, 38), a Maria namaściła drogocennym olejkiem, wartym roczne zarobki i otarła włosami w czasie pożegnalnej uczty (J 12, 3).
Jezus ogłasza Boże panowanie. Centralnym tematem Jego nauk jest Królestwo Boże. Wieloma przypowieściami obwieszcza Boże królowanie w świecie. Odwołując się do dobrze znanej i rozumianej rzeczywistości wielokrotnie powtarza, że „z królestwem Bożym jest podobnie jak z…”. Dla Niego oczywistym jest, że ten, kto oczami wiary spogląda na świat dostrzega Bożą obecność i Jego władanie. Władza Boga w świecie nie jest podobna do ludzkich struktur państwowych, polityczny czy ekonomicznych. Królestwo Boże jest pośród nas, głosi Jezus. A papież Benedykt XVI przypomina, że to Chrystus jest Królestwem Bożym. On ukrzyżowany i powstały z martwych i nieustannie obecny pośród nas. Aby urzeczywistnić to królestwo Bóg staje się solidarny ze swoim ludem. Daje się wyrzucić ze swej świątyni, idzie na wygnanie, aby lud odkrył prawdziwy sens imienia „Emmanuel”, „Bóg z nami”. A teraz Bóg powraca na Syjon, jego lud rozpocznie odbudowę miasta i świątyni, nastaje nowa epoka. Kontekst zaś mówi już nie o ucieczce, jak za czasów wyjścia z niewoli egipskiej, ale lud powraca w procesji, w triumfalnym orszaku chwały, niosąc zwrócone ludowi i świątyni „naczynia Pańskie” (52, 11n).
Bóg pociesza lud najpierw zapewnieniem o swojej obecności. Pociesza gotowością słuchania, pociesza nadzieją powrotu. Jednak iluzją byłoby myślenie, że powrót z niewoli i odbudowa Jerozolimy są ostatecznym celem pocieszenia i rozwiązaniem problemów ludu. Prawdziwy korzeń cierpienia i smutku kryje się w grzechu niewiary. Dlatego wybawicielem i odkupicielem ludu jest Chrystus, w którym objawia się Królestwo Boga, Jego władza, moc i panowanie. Dlatego każde słowo, każda przypowieść Jezusa są Dobrą Nowiną. Ewangelia to nie jest gatunek literacki, ale żywe i nieustannie aktualne pocieszenie, wprowadzanie mnie w Bożą obecność. Bóg do mnie mówi: „Oto jestem!” A „zapatrzony we własny pępek” grzesznik skarży się: „Nie widzę!” A On jest i działa w świecie, bowiem z Królestwem Bożym jest podobnie jak …z ojcem, który miał dwóch synów, kobietą, co miała 10 monet, zaczynem, światłem, pasterzem pasącym setkę owiec, …. Boże królowanie jest definitywnie ogłoszone z wysokości krzyża, autentycznego i jedynego drzewa życia, do którego nawiązuje symbolika świątecznej choinki. Ale czy ja to dostrzegam?
Bóg nie chce milczeć (Hbr 1, 1-6)
Bóg pragnął mego istnienia i mnie kocha. A to oznacza, że nie chce i nie może pozbawić się relacji do mnie. Mogę usiłować żyć bez Niego, mogę nawet głosić pochwały samotności i niezależności, ale Bóg tego nie chce ani dla Siebie, ani dla mnie. Bowiem wyrazem mojego istnienia jako osoby jest zdolność do relacji, czyli zdolność do miłości i pragnienie miłości. W tym przypominam Boga. A jedynym narzędziem nawiązywania relacji jest dialog. To dlatego „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna.”. Dzisiejszy, czyli od czasów Jezusa, sposób mówienia Boga do mnie uwzględnia nie tylko moje osobowe pragnienia, intuicje czy możliwości. Bóg mówi poprzez Chrystusa w taki sposób, że każda moja słabość, każdy grzech, każda pretensja znajdują w Nim odpowiedź.
Noszę w sobie ogromne pragnienie niezależności od innych. Być zależnym to dla mnie być skazanym na drugą osobę. A ja nie chcę być przymuszonym do relacji, buntuję się na moją ograniczoność i niesamowystarczalność. Dlatego Bóg posyła swego Syna, Odwieczne Słowo, przemawiające do mnie nie tylko nauczaniem Ewangelii i Apostołów, ale poszukujące mnie w moim zagubieniu. Chrystus-Słowo mówi do mnie tajemnicą krzyża i zmartwychwstania. Na moje pragnienie niezależności mówi mi o wolności kochania aż do krzyżowej męki i śmierci. Na mój lęk przed cierpieniem odpowiada zwycięstwem zmartwychwstania. Na moją samotność wlewa w moje serce Ducha Świętego. Jezus pochylający się nad moim grzechem mówi mi o Bogu, który nie gorszy się moim grzechem, nie obraża się na mnie za moje usiłowania „życia na własną rękę”.
Pragnienia ucieczki od innych rodzi się z doświadczenia mojej niedoskonałości w miłości. Nie potrafię kochać, a mój bliźni, poprzez swoją bliskość i potrzebę bycia kochanym nieustannie mi to uświadamia. Nie znoszę tego bólu. Bliźniego przeżywam jako cierpienie własnej niezdolności kochania. Ale też doświadczam, że drugi człowiek nie daje mi tej miłości, której pragnę dla siebie. Nie jest zdolny do tego, aby przyjąć mnie i nie potępiać w głębinach moich niepewności, niezdecydowania, wątpliwości i buntów. Dlatego każdy, nawet najmniejszy kryzys jest pretekstem do zamykania się w sobie, odcinania się od bliźnich, egocentrycznego kontemplowania swoich niemożności i niemiłości bliźnich. I do mnie takiego przychodzi Chrystus-Słowo, aby mówić mi o miłości Ojca, dając mi komunię z sobą. Jedyna niezawodna „logoterapia”. Chrystus-Logos leczy moje poranienia moim egoizmem i egocentryzmem. Wyrywa mnie z więzienia, w którym demon zatrzaskiwał drzwi kłamstwem, że nikt na świecie, w tym także Bóg, nie kocha mnie oraz że nikt nie zasługuje na moją miłość.
Próbując o własnych siłach wydobyć się z pułapki niekochania i bycia niekochanym sięgam po „lekarstwo” znaczenia, kariery, pozycji, sukcesu, materializmu czy hedonizmu. I dlatego List do Hebrajczyków ukazuje Chrystusa-Słowo-do-mnie-przemawiające, jako napełnionego majestatem, potęgą, władzą. On jest dziedzicem, czyli Jemu przynależy się wszystko, co istnieje, bo przez Niego wszystko się stało. Ten Chrystus przychodzi do mnie, aby mnie leczyć i napełniać Miłością, czyli samym sobą. To dlatego Eucharystia jest nie do przecenienia w życiu chrześcijan. W niej bowiem Bóg mówi do mnie poprzez Chrystusa, nie tylko nauczając, karcąc, napominając, podnosząc na duchu, ale przede wszystkim dając siebie, Wcieloną Miłość, jako pokarm mojej słabości. To, czego nie mogłem uczynić o własnych siłach, czego nie mogłem doświadczyć od bliźniego, otrzymuję za darmo od Niego. On i tylko On tworzy ze mną związek miłości, którego nic nie może zerwać. Tylko czy ja pragnę Go przyjąć? A może bliżej mi do mieszkańców Betlejem, którzy świętej Rodzinie powtarzali: „u nas nie ma dla was miejsca?”.
Czy ja rozmawiam z Bogiem? (Hbr 1, 1-6).
Znając historię zbawienia nie potrzebujemy dowodów na to, że Bóg przemawiał do człowieka. Historia ta, poczynając od momentu stworzenia, jest konsekwentnie budowana poprzez mowę Boga. Bóg wypowiada Słowo i świat zaczyna istnieć. Bóg mówi do Adama i Ewy zarówno przed grzechem jak i po nim. A kiedy historia zbawienia „nabiera rozpędu”, poczynając od Abrahama, jej najistotniejszym tworzywem jest Boże pragnienie dialogu z człowiekiem. Dla Hebrajczyków jest to oczywiste i nie potrzeba na to żadnych dowodów. Natomiast jest to dość problematyczne dla nas, w naszych czasach. Poprzez wiele pokoleń wiarę przekazywano nam jako naukę o moralności i o naszych powinnościach wobec Boga. Strach przed karą Bożą, nieszczęściem przez Niego dopuszczonym czy społecznym wykluczeniem były strażnikiem tak przeżywanego chrześcijaństwa. Dla Hebrajczyków zaś istotą tożsamości nie była moralność, ale świadomość bycia wybranym i nieustannie prowadzonym przez Boga. Bóg przemawiał do swego ludu niezależnie od jego postaw moralnych. Bóg mówił wspaniałością Świątyni Jerozolimskiej, słowami proroków i królów, a kiedy lud opuszczał przymierze, to Jego Słowem stawały się nieszczęścia, niewole, a nawet zburzenie Świątyni. Natomiast Bóg nigdy nie przestał mówić do swego ludu, bowiem to nie moralność dziesięciorga przykazań wyznaczała tożsamość ludu, ale nieustannie podejmowany dialog i pragnienie Boga, aby być obecnym w życiu swoich wybranych. Dlatego Paweł Apostoł może zapewniać: „Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego.”.
W kontekście nieustannego dialogu Boga z człowiekiem List do Hebrajczyków ukazuje przyjście Chrystusa jako szczytowy moment tegoż dialogu. Obiecany Mesjasz, Chrystus, nie tylko mówi słowa pochodzące od Boga, ale On sam jest Wcielonym Słowem. Dialog Boga z człowiekiem przybrał cielesną formę. Chrystus mówi jako Bóg i jest mową Boga. Tylko czy rzeczywiście ten dialog staje się moim osobistym udziałem? W jaki sposób odpowiadam na Bożą inicjatywę nawiązania i podtrzymywania wzajemnej relacji? Zawsze, kiedy Bóg zwraca się do człowieka, mówiąc mu „Nie bój się, jestem z tobą!”, przypomina mi się scena powołania Gedeona: „I ukazał mu się Anioł Pana. «Pan jest z tobą - rzekł mu - dzielny wojowniku!» «Wybacz, panie mój! Jeżeli Pan jest z nami, skąd pochodzi to wszystko, co się nam przydarza? Gdzież są te wszystkie dziwy, o których opowiadają nam ojcowie nasi, mówiąc: "Czyż Pan nie wywiódł nas z Egiptu?" A oto teraz Pan nas opuścił i oddał nas w ręce Madianitów»”. Kiedy słyszę, że Bóg mówi to w moim sercu rodzi się pretensja, że nie mówi do mnie. Być może mówi do innych, ale wobec mnie milczy, nie interesuje się moim życiem, nie ma mi nic do powiedzenia. A jedyny głos jaki słyszę wewnątrz mnie to głos krytyki bądź piętnowania moich słabości i podkreślania moich upadków. A przecież Słowo, Chrystus, przychodząc oczyszcza mnie z grzechów. Więc czyj głos mnie oskarża i potępia? Bóg przez Jezusa mówi o miłosierdziu wobec grzeszników, a ja słyszę, że się nie nadaję, że jestem za słaby, że powinienem więcej z siebie dawać, etc., etc.
Jezus przychodząc na świat chce mnie wprowadzić w synowską relację do Ojca w Niebie. Chce bym całym życiem oddawał Mu chwałę, jak naucza Paweł Apostoł: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie”. Tylko w ten sposób chrześcijanin może objawiać miłość Ojca do każdego człowieka. Dlatego misją Słowa, które przemawia do świata, jest przeobrażenie życia człowieka, aby stał się świadkiem Boga. I konsekwentnie słuchając dzisiejszej lektury, musimy stwierdzić, że nie chodzi o świadectwo moralnej doskonałości, nadzwyczajnych poświęceń, niebiańskiej cierpliwości i niezłomnego miłosierdzia wobec wszystkich nieprzyjaciół. Jeśli takiego świadectwa wymagamy od siebie i od innych to wracamy do chrześcijaństwa, jako moralizmu, redukujemy wiarę do przestrzegania przykazań. Wówczas już tylko krok do usprawiedliwienia wszystkich „wierzących niepraktykujących”, którzy podkreślają, że prowadzą życie moralnie nienaganne, a więc Kościół, modlitwa, sakramenty nie są im do niczego potrzebne. A przecież chodzi o świadectwo relacji do Boga, o ukazywanie Boga mówiącego i słuchającego człowieka, Boga zainteresowanego losem każdego, nawet najmniej ważnego człowieka na ziemi. Przecież chodzi o takie zwycięstwo Chrystusa we mnie, że uznam całym sobą, każdym wymiarem moich zdolności i słabości, że „Bóg jest wszystkim we wszystkich” i oddam mu pokłon nie z przymusu, lęku, tradycji, ciekawości, przyzwyczajenia czy kurtuazji, ale pełnią siebie, z miłości, która pragnie „być z Chrystusem, bo to wiele lepsze”.
Jak zachwycić się Słowem? (J 1, 1-18)
Narodzenie Pańskie, „bezpieczne” święta, bowiem nie mówią o krzyżu, a malowniczością szopek i światełkami choinek zasłaniają Getsemani i Kalwarię. Wspomnienie historii, bolesnej dla Świętej Rodziny, ale pełnej radości i nadziei dla pastuszków, i dla kolejnych pokoleń wierzących. Nowonarodzony odrzucony przez bogatych egoistów, aby stać się radością ubogich i prostych. Śpiewanie Bożej Dziecinie czułych kolęd i smucenie się z powodu ludzkiej złości, która każe rodzić się Bogu w stajni, pomiędzy zwierzętami. Wielokrotne zachęty, aby nie pozostawić samego Nowonarodzonego, ale aby czuwać przy Nim razem z Jego Matką. Wspomnienie cudownej przeszłości, w której Bóg stał się człowiekiem, przyjął naszą słabą naturę. Spełnienie mesjańskich proroctw, które wieszczą radość odkupienia win. „Słowo stało się ciałem”, ale czy rzeczywiście zamieszkało pomiędzy nami? Czy przyjęło ciało w naszym życiu?
Słowo: „Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże”. A ja wcale nie mam zamiaru szukać Królestwa w ubóstwie. Wizja braków i niezaspokojonych potrzeb napawa mnie lękiem. Słowo: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują”. Mam kilku nieprzyjaciół, którzy obnażają moje słabości, denuncjują ukrywane skrzętnie grzechy. I wcale ich za to nie kocham, chociaż okazują najłagodniejszą formę nieprzyjaźni. Słowo: „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego”. Każda porażka to okazja do rozpamiętywania źle dokonanych wyborów i poddawania w wątpliwość tych, które wydają się dobre. Każde poczucie sukcesu naznaczone jest pragnieniem, aby kilka ważnych dla mnie osób to dostrzegło. Słowo: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie”. Przerażająco prosta metoda na zdemaskowanie idolatrii i przywiązań wrogich Bogu. Jednak ktoś we mnie powtarza, że można kochać Boga i bez takiego skrajnego radykalizmu. Czy aby rzeczywiście Słowo stało się ciałem? A przecież to tylko cztery zdania z Ewangelii, która cała jest Słowem Boga.
Słowo dziś nie stało się ciałem. Nie stało się ciałem mojego życia. Słowo pozostało wspomnieniem dawnego Ciała ukrzyżowanego i zmartwychwstałego, Ciała obecnego w Eucharystii, któremu można się przyglądać i które można adorować z bezpiecznej odległości, zawsze z pewną obawą, aby przypadkiem nie zaczęło stawać się ciałem mojego życia. Takie Narodzenie Pańskie filmowo-wspomnieniowe: „Jakie to piękne i wzruszające, co Bóg uczynił dla ludzkości”., Albo historyczno-ideologiczne: „Bez Chrystusa nie byłoby naszej cywilizacji!”. Stajemy na zewnątrz szopki i cieszymy się, że to ktoś inny był Maryją i Józefem, że to życie innych było całkowicie wywrócone poprzez Słowo, które stało się ciałem. Nawet radość pasterzy jest wirtualna, odległa, nie nasza i służy temu, aby uspokoić sumienia, bowiem nawet najbiedniejsi otrzymali swoją porcję radości. Wyizolowaliśmy te święta z historii zbawienia i zrobiliśmy z nich ikonę radości, nadziei, wzruszeń i rodzinnego, suto zastawionego stołu. A przecież Narodzenie Pańskie to dopiero początek historii Słowa, które stało się Ciałem.
Jan Ewangelista pokazuje bardzo szeroko kontekst wcielenia. Słowo wkracza w naszą historię. Ono przyszło na świat po to, byśmy oświeceni, uwierzywszy w Nie, stali się dziećmi Bożymi, byśmy narodzili się z Boga i oglądali Jego chwałę. Taki rozległy program to nie jest jedno święto, ale to prawdziwa i kompletna droga wtajemniczenia. Słowo stało się ciałem, aby poprzez mękę i śmierć wejść do chwały zmartwychwstania. Słowo zamieszkało między nami, byśmy razem z Nim umarli dla grzechu, zostali współukrzyżowani i pogrzebani, i razem z Nim powstawszy z martwych, zaczęli żyć dla Boga. Radość Narodzenia Pańskiego to radość zagubionych wędrowców, którzy postawili pierwszy krok na drodze, która teraz zaprowadzi ich do celu. To radość pierwszego kamienia wrzuconego pod fundament rozpoczynającej się budowy rodzinnego domu. To radość jeńca, który usłyszał o pierwszej przegranej bitwie swoich wrogów. To początek drogi na Golgotę i na Górę Wniebowstąpienia.
Tajemnica Słowa, które stało się ciałem, to „wysiłek” Boga, aby człowiek chciał Go rozpoznać, przyjąć, odpowiedzieć miłością na Jego miłość. Od pierwszego rajskiego pytania skierowanego do Adama po grzechu, aż po dzień dzisiejszy, Bóg nie przestaje powtarzać pytania o naszą rzeczywistość, nieustannie woła do każdego: „Gdzie jesteś?”. I nie dlatego, że On tego nie wie, ale z delikatnością ojca, który kocha swe dzieci, próbuje uświadomić nam nasze położenie. A każde pytanie o to, gdzie jesteśmy, potrzebuje jakiegoś punktu odniesienia. Naszą tragedią jest to, że tym punktem odniesienia uczyniliśmy nasze ambicje, oczekiwania, bzdurne marzenia czy też niemożliwe do nasycenia pragnienia. Dlatego kiedy słyszymy pytanie, „Gdzie jesteś?”, wskazujemy na nasze osiągnięcia oraz ile nam jeszcze brakuje do realizacji kolejnych planów, kogo pokonaliśmy w rywalizacji, a kto jest daleko przed nami i nie potrafimy mu tego nie zazdrościć. A Bóg pragnie byśmy dostrzegając naszą niezdolność kochania zapragnęli Jego Słowa, które stanie się ciałem w naszym życiu i wypełni przestrzeń naszego życia swoją miłością i swoja mocą.
Słowo, które przemawia naszym życiem (J 1,1-18)
Na początku każdej relacji jest słowo. Bez niego każdy obraz, nawet najbardziej wymowny, pozostaje na „zewnątrz” nas, zdany na kaprysy naszej interpretacji i subiektywnych odczuć. Bóg nie jest artystą, który pozostawia dowolność interpretacji swego dzieła. On jest Stwórcą, który swoimi dziełami obdarowuje stworzenie i pragnie, aby ono odkryło i zapragnęło spotkania z Nim. A ponieważ człowiek odrzucał nie tylko dzieła Boga, obrazy Jego miłości, ale także lekceważył Jego słowa i Jego napomnienia kierowane za pośrednictwem proroków, Odwieczne Słowo staje się Ciałem. Bóg w najbardziej ludzki sposób przychodzi do nas, aby stworzyć między Nim i nami prawdziwą relację, aby dać nam najmocniejszą z więzi, która może nas połączyć, wiarę.
Słowo nie tylko przynosi życie i nadaje imię, określając w ten sposób tożsamość. Słowo, Chrystus, jest życiem. „A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa.” I znowu nie chodzi o intelektualną wiedzę, lecz o nasze osobiste przywiązanie, relację, która łączy Chrystusa z naszym życiem. Chodzi o otwarcie Bogu drzwi naszej egzystencji, byśmy byli świadkami prawdziwości słów świętego Pawła: „bo w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”. Takie życie jest owocem narodzin z wody i Ducha Świętego. To powtórne narodzenie jest nieodzowne, bez niego jesteśmy umarli za życia. Jak możemy poznać nowe narodziny?: „My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, bo miłujemy braci, kto zaś nie miłuje, trwa w śmierci. Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie nosi w sobie życia wiecznego.”.
Słowo przynosi światło. „Światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle. Lecz jeśli twoje oko jest chore, całe twoje ciało będzie w ciemności. Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność!”. Jezus przychodzi otworzyć nam oczy. Jednak czyni to dość szczególnie: „splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego”. Przyjęcie Słowa sprawia nie tylko otwarcie naszych oczu, ale przetwarza naszą naturę: „Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.”. Bóg nie jest zazdrosny o swoją naturę, On ją dzieli z nami. On z naszego życia pragnie uczynić światło dla naszych braci oraz dla tych, którzy Go nie znają.
Przyjmując Słowo odkrywamy prawdę o naszych czynach, doświadczonych zranieniach i konsekwencjach grzechu Adama: „Dlaczego nie rozumiecie mowy mojej? Bo nie możecie słuchać mojej nauki. Wy macie diabła za ojca i chcecie spełniać pożądania waszego ojca. Od początku był on zabójcą i w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie ma. Kiedy mówi kłamstwo, od siebie mówi, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa. A ponieważ Ja mówię prawdę, dlatego Mi nie wierzycie.”. Przyjęcie Słowa czyni nas prawdziwie dziećmi Boga: „Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!»”; „Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej.” Jako synowie Boga jesteśmy dziedzicami Bożego błogosławieństwa. Przyjmując je stajemy się częścią Bożego planu, który nieustannie realizuje się na naszych oczach.
Świadectwo Jana, podobnie jak świadectwo tych, którzy spotkali Zbawiciela, nie jest mędrkowaniem o Bogu czy też snuciem teologicznych dysput. Świadectwo ukazuje działanie Boga w życiu. Jest owocem zanurzenia w światło, które przenika całe życie. Samarytanka ewangelizuje mówiąc: «Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem?». Ona dlatego świadczy, że grzech jej bałwochwalczego poszukiwania szczęścia został przez Pana zdemaskowany. Nagle zrozumiała sens tego, co robiła, ciemności, w których pozostawała. I doświadczyła uzdrawiającej mocy prawdy. Ślepy od urodzenia mówi przed Sanhedrynem: «Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę». Dzięki Chrystusowi ślepiec pojął sens swojego cierpienia. Już nie dostrzegał go, jako niczym niezasłużonej kary, jako konsekwencji grzechów przodków, które bez swej winy musi na sobie nosić, ani też jako niesprawiedliwości Nieba, ale potrafił być wdzięczny Bogu za swoją historię. Światło, ciemności, prawda, życie, dziecięctwo Boże, świadectwo nie są pojęciami teologicznymi, które Jan w Prologu każe nam podziwiać, ale są rzeczywistością, którą Bóg otwiera przed każdym z nas.
ks. Maciej Warowny


