Mowa zrodzona z wiary (2 Kor 4, 13 – 5, 1) 10 Niedziela Zwykła B

„Powiedz mi jak i czego nauczasz, a powiem ci, jaką masz wiarę”, tak można by sparafrazować Pawłowe świadectwo osobistego spotkania z Chrystusem, z którego zrodziła się jego apostolska posługa.

Wiara w Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego jest fundamentem wszelkiego apostolatu. Wiara, która jest zakorzeniona w osobistym doświadczeniu. Może właśnie dlatego tak trudno słucha się moralizujących kazań lub zawiłych wywodów teologicznych? Czyżbyśmy jako słuchacze spontanicznie odkrywali, że za wygłaszaną treścią nazbyt często nie kryje się osobiste doświadczenie? Sugeruje to także Paweł VI pisząc w swej adhortacji Evangelii Nuntiandi: „człowiek naszych czasów chętniej słucha świadków, aniżeli nauczycieli; a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami”. Wydaje się, że w formacji zakonnej czy seminaryjnej pomimo częstego odwoływania się do powyższych słów, w praktyce wydobywamy z nich zupełnie coś odwrotnego, niż papież chciał nam powiedzieć. W naszym rozumieniu świadek ma być przede wszystkim człowiekiem nieskazitelnym moralnie, sympatycznym, serdecznym, życzliwym, pomocnym, empatycznym i jeszcze … powinien słuchać muzyki, takiej jak jego rozmówcy, lubić psy lub koty, w zależności od tego, jakie zwierzaki mają w domu „ewangelizowani” parafianie, jeździć starym, rozsypującym się samochodem, etc., etc. No cóż, być może tacy ludzie gdzieś na świecie istnieją, ale ja ich nigdy w życiu nie spotkałem.

Sprowadzanie apostolatu do moralnego perfekcjonizmu sprawia, że ci, którzy nie są w stanie osiągnąć takiego „poziomu” stają się cynikami, a pozbawieni krytycyzmu, zapatrzeni w siebie egocentrycy „zalecają siebie”, używając Pawłowej terminologii, ale w żadnym calu nie są świadkami Jezusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Kilka zdań Apostoła może pomóc w rozumieniu problemu: „Unikamy postępowania ukrywającego sprawy hańbiące, nie uciekamy się do żadnych podstępów ani nie fałszujemy słowa Bożego, lecz okazywaniem prawdy przedstawiamy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia każdego człowieka”; „Bo kto uważa, że jest czymś, gdy jest niczym, ten zwodzi samego siebie”; „Nie głosimy bowiem siebie samych, lecz Chrystusa Jezusa jako Pana, a nas - jako sługi wasze przez Jezusa”; „Siebie samych badajcie, czy trwacie w wierze, siebie samych doświadczajcie! Czyż nie wiecie o samych sobie, że Jezus Chrystus jest w was?” A do tych, co dufnie uważają się za apostołów, misjonarzy, powołanych i wybranych, Paweł, w sposób niepozbawiony ironii i uszczypliwości, także dziś kieruje takie słowa: „Nie mamy bowiem odwagi ani równać się, ani stawiać siebie obok tych, którzy zachwalają sami siebie; nie okazują wielkiego rozsądku, gdy siebie samych mierzą miarą własnej osoby i porównują się sami z sobą”.

Doświadczenie życia apostolskiego, prześladowania, trudy, porażki, poniżenie to dla świętego Pawła codzienne umieranie, „niszczenie człowieka zewnętrznego”. Ten ostatni zwrot przywodzi mi na myśl przeminę, w której „światowe” wyznaczniki prawdy, dobra, sukcesu powoli w nas obumierają, a wewnętrzna więź z Chrystusem staje się coraz ważniejsza. Zdumiewające, jak bardzo Pawłowi nie zależy na sukcesie swej misji i na uznaniu rodzącym się z takich osiągnięć: „I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa”. Nie jest to wyrzeczenie „na pokaz”, w stylu „im bardziej będę się uniżał, tym bardziej będą mnie chwalić za moja pokorę”, ale autentyczne ogołocenie z tego, co ziemski i światowe: „Lecz ja zgoła nie cenię sobie życia, bylebym tylko dokończył biegu i posługiwania, które otrzymałem od Pana Jezusa: bylebym dał świadectwo o Ewangelii łaski Bożej”. Tylko ten potrafi nauczać o Jezusie i być Jego świadkiem, kto pozostaje Jego uczniem. Zadziwia mnie Pawłowa odporność na potrzebę sukcesu: „Mnie zaś najmniej zależy na tym, czy będę osądzony przez was, czy przez jakikolwiek trybunał ludzki. Co więcej, nawet sam siebie nie sądzę. (…) Pan jest moim sędzią”. Wiara nie jest „teorią Boga”, ale osobistym spotkaniem z Nim w realiach naszego życia. Taka wiara nie potrzebuje „niepodważalnych autorytetów” czy „naukowych dowodów”. Ona po prostu przemienia życie, jak przemienia nas spotkanie kogoś, kto autentycznie nas kocha i potrafi nam to okazać.

ks. Maciej Warowny

TOP